RSS
sobota, 16 stycznia 2010
sobotnia degrengolada

cztery episodes sexu w wielkim mieście i dwie kawy na śniadanie. do tego cztery pazłotka ferrero. parzystość. kilka archiwalnych rozmów czatowych z ex. sms miłosny od tego, który jest. ja w pościeli jeszcze, z laptopem na kolanach, słucham lirycznych pustek.

11:08, rozproszona
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 16 sierpnia 2009
powstanie/położenie

gra słów, która do mnie niesamowicie mocno przemówiła, kiedy któregoś dnia idąc nowym światem, skracając, skaszając jakoś to przejście od palmy, od strony już jakby trochę wiślanej (bo blisko, bo zaraz most zwany kiedyś trzecim - to tyle się mozna dowiedzieć od moich staruszków, i to mnie chyba najbardziej wciąga w ich opowieści, że mimo zmęczenia wytężaniem uwagi i powtórzeniami takimi starczymi, przekopuję się ciągle przez te powstające na bieżąco wspomnienia, i przyszywam ich sobie jako swoich dziadków, takich właśnie wprowadzających mnie w miasto, którego nie znałam, którego już nie ma). w kazdym razie ta gra, z której wcześniej nie zdawałam sobie sprawy, jakoś nie zauważyłam, może dlatego, że nie było mnie nigdy w mieście w te dni, i to nawet nieszczególnie celowo, tak jakoś podświadomie omijałam je łukiem wakacji, i nigdy nie słyszałam chyba syren wyjących w tym miescie o pewnej godzinie. w każdym razie po zauważeniu i odniesieniu odebrałam słowa te i ich grę jako kontestację, jako opór przed obchodzeniem, hucznym i triumfalnym porażek, do czego my przecież tak bardzo lgniemy, celebrujemy, świętujemy, tak pomyślałam nawet: fantastycznie, jaki niezły projekt, jaki znak zapytania, jakie podważenie sensowności (dopiero potem poszukałam i się okazało, że wręcz przeciwnie, ze to pytanie o dzisiejszą gotowość, o to czy ja bym powstała, takie wbicie we mnie sądzącego wzroku i palca, co już znaczenie mniej do mnie przemawia, ale owszem, w formie, która mnie rusza, a już mozliwość jej interpretacji w dwie strony tym bardziej). w każdym razie teraz ze środka swojej kontestacji (czy raczej niepewności, podważania, ale takiego które pyta, bo samo nie wie jak oceniać, czy istnieje możliwość oceny sprawiedliwej tego, co się już stało, co tak się stało jak się stało, i było ciałem) zaczęłam ni stąd, ni zowąd czytać pamietnik z powstania (co dziwne podwójnie, bo nie mogę od dawna czytać żadnych całości), i ten białoszewski sposób pisania tak mnie wciąga, że czytam, czytam, staję, kładę się i czytam..

***

To wszystko zresztą jest tak jakby jednym złudzeniem. Strasznie oklepane powiedzenie. Ale tylko to mi pasuje. Do tego, co wtedy się odczuwało. Bo nie trzeba było być aż poetą, żeby troiło się w głowie. A jeżeli mało piszę o wrażeniach. I zwyczajnym językiem wszystko. Tak jakby nigdy nic. Albo nie wchodzę w siebie prawie, czyli jestem jakby od wierzchu. To tylko dlatego, że inaczej się nie da. Że zresztą tak to siebie się czuło. I w ogóle to jest jedyny sposób, zresztą nie sztucznie wykombinowany, ale jedyny właśnie naturalny. Przekazanie tego wszystkiego. Przez dwadzieścia lat nie moglem o tym pisać. Chociaż tak chciałem. I gadałem. O powstaniu. Tylu ludziom. Różnym. Po ileś razy. I ciągle myślałem, że mam to powstanie opisać, ale jakoś przecież o p i s a ć. A nie wiedziałem przecież, że właśnie te gadania przez dwadzieścia lat - bo gadam o tym przez dwadzieścia lat - bo to jest największe przeżycie mojego życia, takie zamknięte - że właśnie te gadania, ten to sposób nadaje się jako jedyny do opisania powstania.

11:03, rozproszona
Link Dodaj komentarz »
środa, 12 sierpnia 2009
a teraz chciałabym być kimś innym

na trochę

jakby zmienić miejsce zamieszkania

20:48, rozproszona
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 26 lipca 2009
na twoim zdjęciu

moje dłonie od wewnętrznej strony. nie chcę zdjęcia, więc zupełnie niekokieteryjnie zasłaniam się, zasłaniam twarz. i tak je robisz i pokazujesz. daję za wygraną i przestaję się zasłaniać (potem zrobisz mi jeszcze kilka zdjęć a ja będę się w międzyczasie w sobie zastanawiać, dlaczego coś we mnie tak się opiera). właściwie jednak przekupiły mnie tylko te dłonie. zdziwnie marszczeniami i wystającą kością. oglądam je dziś cały dzień (jedyne zdjęcie, o które cię proszę). moje dłonie. jednocześnie trochę stopy (podbicia stóp, też pomarszczone, jedne z blizną) a trochę pośladki. pomarszczone pośladki starych ludzi. moje dłonie, moje stopy, moje pośladki.

20:12, rozproszona
Link Dodaj komentarz »
powiedzmy, że to premiera na dvd...

obejrzałam wczoraj film the reader. polskie lektor (angielskie reader zresztą pewnie wypada w tym kontekście podobnie, jednak przez niepierwszość języka jest to jakoś mniej wyczuwalne) brzmi w odniesieniu do zawartości jakoś tak twardo, ciężko, zbyt pewnie, nie nadaje się jako określenie chorych i słabych młodych dziewcząt z obozu zagłady czytających na głos więziennej strażniczce; chłopca-dzieciaka nie określa też duzo lepiej, choć bezpośrednio jest już o nim i choć on podczas czytania zyskuje pewną siłę - myślałam nawet, że zostanie aktorem, artystą posługującym się głosem, ale widocznie porządna rodzina stłamsiła go jednak na tyle, że został prawnikiem; lektor jest beznamiętny, wydaje się pozbawiony zaangażowania, chłopiec zanurza się dokumentnie w relację, którą tworzy seks (pierwszy seks chłopca, niezwykle niewinny, chłonący i uważny) i głośne czytanie, zanurza się tak, że nigdy nie wypływa. egocentryczne skupienie się na tym, co dotyczy podczas gdy film porusza całą gamę zagadnień ważniejszych od odpowiedzialności za Zagładę, przez udział i współudział, po radzenie sobie z traumą. jednak kiedy na ekranie pojawiają się buty spiętrzone za gablotą w Auschwitz, kiedy ocalała zaświadcza, co przeżyła, mogę tylko pójśc na własne wewnetrzne zaplecze i wzbogacić ten film o domysły, bo sam w sobie nie oferuje głębi i poza kilkoma momentami (dla mnie: dyskusja studentów o winie) jest wręcz pusty. patrzę więc na chłopca, na dojrzałego mężczyznę o smutnym spojrzeniu, na jego niekompletność, niepewność i zagubienie i to, co porusza mnie najbardziej w całym filmie, to obecność śladów, które inni zostawiają nam na duszy (kogo za to osądzić? czy mamy w tym współudział czy tylko patrzymy?)

 

10:23, rozproszona
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 23 lipca 2009
wyjęte z godzin pracy

spędzam je na czytaniu naszych starych maili i widzę w nich nadchodzącą katastrofę. wypraliśmy się z czułości, wypraliśmy się z całej delikatności, z wrazliwości i pytań bez odpowiedzi, teraz gdy się spotykamy, nie zadajemy juz sobie trudu wejrzenia, pozostajemy zamknięci i wracamy do domów z tępym bólem głowy.

11:17, rozproszona
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 16 lipca 2009
z rejestru strasznych snów

wczoraj mi się śniłeś i jak większość moich snów, był to sen realistyczny - to, co przedstawiał, było tak zwyczajne i trywialne jak codzienność (i śnią mi się na przykład takie sny, że czeszę włosy). w tym śnie wyjeżdżałam (na długo, na zawsze?), i bardzo chciałam sie z Tobą jeszcze pożegnać, zobaczyć na chwilę, ale Twój telefon jak zwykle nie działał, więc pojechałam w okolice Twego domu, i znów odsłuchiwałam wiadomości na Twojej sekretarce nagrane rpzez jakąś dziewczynę, czas mijał, ciebie nie było, ja spózniałam się na samolot lub pociąg

08:22, rozproszona
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 13 lipca 2009
reset

zupełnie nie pamiętam, kto zaczął, ale bardzo mi się podobało

07:33, rozproszona
Link Dodaj komentarz »
sobota, 11 lipca 2009
kiedyś w sierpniu. choć jeszcze długo lipiec

wylewa się z szafy, rozrzucona biezlina z przechylonego pudła, które miało trzymać w ryzach sterty starych, ale poparowanych skarpet (starych, ale - jakby to bycie w parze miało coś wynagrodzić), tylko swetry trzymają szereg (mają rękawy do pary, które od biedy można zawiązać do tyłu i stworzyć jakiś pozór bezpieczeństwa)

*

w jednej z recenzji 'kiedyś w sierpniu' udane określenie: pękają wieczorami kolejne butelki wina - dojrzałe, nabrzmiałe owoce, których pękanie jest sensem, więc robią to bez zdziwienia, spełniają się z lekkością. oglądając ten wieczór na ekranie czuję smak wina na wargach i daję się ponieść fali, skaczę wokół samochodu na małej stacji benzynowej, i sama też wiem, przeczuwam już, że naprawdę nie dzieje się nic i nie stanie się nic aż do końca. to w nas coś pęka, bez pomocy butelek i wina, w nas pęka nabrzmiałe, pęka cicho przy herbacie, jest nie-do-poskładania. nie ma zresztą całości, ale wiele możliwości, które mają rysy i ryski, i dlatego ten film jest tak bardoz mój. boję się nastepnego dnia, kiedy ten brak staje się ewidentny i owoce dojrzewają powoli, by znów nabrzmieć. i pęknąć bez soundtracku

*

ty w kinie siedzisz obok, i potem mamy jeszcze park, w którym moje stopy stają się zmysłowe. nie dotykasz mnie, ale próbujesz zostać na noc. ciekawi mnie to, i tak, jestem w tym dobra. nie wiem jednak czego chcę i w pewnym momencie tracę przekonanie, więc wolę nie zaczynać. niekończenie natomiast jest moją obsesją, której oddaję się bez pamięci. wychodzę wcześniej, odwołuję spotkania. ciągle przed pęknięciem. myślę, że pominę ten etap i od razu się rozłożę. zorganicznieję

*

a przedwczoraj spotkałam się z K., który jest przecież znacznie najbardziej ty, choć są inne ty pomiędzy. i myślałam, że niedowidzę, że przydałyby mi się okulary, bo K. był rozmazany, bo w trakcie tego spotkania musiałam mrugać oczami, musiałam zadawać sobie pytania: czy to ty, gdzie jestem, musiałam myśleć, że rozmowa jest przecież bez znaczenia a rozmawiamy. nie pamiętam już tak dobrze twojej twarzy, ale kiedy się spotykamy, tak bardzo chcę cię przytulić, że w końcu pytam czy mogę. i kiedy mnie obejmujesz (w czym widzę wspólną słabość, bo zaczynasz mówić do mnie pieszczotliwie, imieniem, którego nie chciałabym usłyszeć od kogoś innego), przez chwilę znów się rozumiemy i spotkanie ma sens. kończymy jednak na tym, bo już zaczyna mnie boleć głowa, i nadal nic o sobie nie powiedzieliśmy tak naprawdę. nie potrafię ci juz zaufać, ale ciągle jesteś dla mnie ważny, co w końcu ci mówię i gra trwa dalej

13:55, rozproszona
Link Dodaj komentarz »
środa, 08 lipca 2009
and I did feel like coming but I also felt like crying

więc zadaję sobie pytanie dlaczego przyglądam się Twoim ramionom, właściwie przedramionom i dłoniom, i myślę o nich, że muszą być silne, nie obruszam się potem na oczywistą demaskację tego, co zachodzi, nie trzeba już czytać między wierszami, wylewa się z naszych spojrzeń. tak więc myśl o Tobie jest w moim ciele, które skłania się do Ciebie jak do światła. Ty nie wyciagasz rąk zbyt gwałtownie, stajesz tylko trochę bliżej i na pożegnanie cmokasz mnie w policzek, co mnie uspokaja na tyle, że jestem w stanie zostać w tym samym miejscu, a następnego dnia znów patrzeć na Twoje ramiona i wystawiać buzię do światła Twoich oczu i smiać się, dużo się śmiać.

dlaczego w takim razie to, że mnie wybierasz, powoduje krok do tyłu? nie chcę z Tobą jechać i myślę, że to wszystko to moja tęsknota za ciepłem, potrzeba życia i krążenia krwi. a w momencie, kiedy to się okaże, spadną ciężkie story. ja natomiast zostanę z rozpoczętym szkicem, na którym są wszystkie Twoje wyrazy twarzy na raz.

potrzebuję bardzo dużo czasu.

00:16, rozproszona
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3